#13. Blog psychologiczny bez posta o eksperymencie Zimbardo to nie blog psychologiczny

Twórcza posucha miała zostać dwukrotnie przerwana artykułami o depresji oraz muzykoterapii. Oba tematy wydawały mi się szalenie interesujące, wiązałam z nimi wielkie nadzieje, sądząc, że nie dość, że zaczerpnę nowej wiedzy, to uda mi się wejść w polemikę z czytelnikami. I tak jak temat muzykoterapii szybko został przeze mnie odrzucony z racji, iż okazał się dużo mniej zajmujący niż zakładałam, tak temat depresji był konsekwentnie zgłębiany przeze mnie przez kilka tygodni.
Mimo tego, ostatecznie odrzucony został z racji osobistych kosztów jakie poniosłam wskutek zaczytywania się w przygnębiającej literaturze autorstwa psychoterapeutów bądź osób, które depresję przeżyły. I mimo, że post o depresji nie powstanie, chcę pokrótce nawiązać dziś do tego, czego doświadczyłam na własnej skórze wskutek silnego oddziaływania czynników zewnętrznych, które, co warto uwzględnić, zafundowałam sobie przecież dobrowolnie.

Podejmując się tematu depresji, miałam świadomość, że nie jest to temat lekki i przyjemny, co więcej, jest to temat kontrowersyjny (chyba dlatego właśnie chciałam go poruszyć). Obłożona książkami, notatkami i artykułami, spędzałam dni i noce zaczytując się w depresyjnych materiałach i dopiero po jakimś czasie zauważyłam u siebie wcześniej nie występujące lęki, fobie, myśli i objawy depresyjne. Chcę zaznaczyć, iż depresji nie doświadczyłam, a wszelkie odczucia były jedynie tymczasowe i przeszły wraz z oddaniem książek do biblioteki. Całokształt okoliczności i wszelkich ich następstw uświadomiłam sobie stosunkowo późno. Nie chcąc jednak dalej tkwić w tym stanie poddepresyjnym, zaniechałam dalszego rozważania tematu. Wyciągnęłam jednak lekcję. Jaką?

Po raz kolejny dane mi było odczuć jak bardzo podatni jesteśmy na środowisko zewnętrzne. Jestem zdania, że wpływ mają na nas nawet tak prozaiczne rzeczy jak oglądane filmy, czytane książki czy słuchana muzyka. Ja sama potrafię przejść przez niemalże wszystkie stany emocjonalne podczas słuchania zróżnicowanej playlisty muzycznej. Zanim zarzucicie mi niestabilność psychiczną, sprawdźcie jak działa to u was. Zainteresowanych odsyłam na stronę Lektura Obowiązkowa, gdzie możecie przeczytać o tym Jak muzyka na nas wpływa i co się z nami dzieje, gdy jej słuchamy? albo Jak czytanie książek wpływa na człowieka?. Natomiast ja dziś chcę skupić się na, jak dla mnie, najciekawszym i najistotniejszym aspekcie oddziaływania otoczenia na człowieka, czyli wpływu innych ludzi na jednostkę.
Czyli temacie o statusie odgrzewanego kotleta, z serii „Wszyscy wiedzą, nikt nie stosuje”. Ileż to studenci psychologii i pochodnych kierunków nasłuchają się w ramach psychologii społecznej o eksperymentach Milgrama czy Zimbardo? Ten pierwszy jakoś zawsze był mi bliższy, o tym drugim wiedziałam tyle co z uczelnianych korytarzy, gdy znajomi powtarzali materiał przed egzaminem sesyjnym z Teorii kształtowania postaw. Trochę łyso, więc wzięłam Efekt Lucyfera, liczący, bagatela, ponad 450 stron, gdzie eksperyment Zimbardo został opisany dzień po dniu. Już mówię o co w nim chodziło.

Rok 1971. Kalifornia. Uniwersytet Stanforda. 24 ochotników, studentów, którzy za 15 dolców dziennie, przez dwa tygodnie, mieli odgrywać rolę więźniów i strażników. Piwnica Uniwersytetu, która została przekształcona w więzienie. Zimbardo, który chciał zbadać konsekwencje obsadzenia zwykłych ludzi, zdrowych studentów, nie notowanych nigdy obywateli, w symulowanym więzieniu. Konsekwencje nadania im nowych ról. Roli więźnia, który jeść, spać, wypróżniać się, mógł w zależności od przychylności strażników, którzy w kilka dni, ze spokojnych studentów, przerodzili się w bezwzględnych sadystów.

Dobra, trochę dramatyzuję, strażnicy powołani do eksperymentu nie mogli używać siły fizycznej, dlatego żaden z więźniów nie doznał żadnych cielesnych obrażeń. Eksperyment, mający trwać dwa tygodnie, zakończył się po sześciu dniach. Część więźniów zrezygnowało z uczestnictwa, natomiast ci, którzy pozostali do końca, musieli uczestniczyć w terapii psychologicznej, tuż po ukończeniu eksperymentu, który w ciągu sześciu dni przerodził się w autentyczne więzienie. „Więźniowie” poczuli się prawdziwymi więźniami, winnymi, upokarzanymi, bezsilnymi zarówno fizycznie jak i psychicznie. Strażnicy poczuli władzę, która rosła z każdym dniem. Nie mieli nawet żadnego szkolenia, dostali pałkę i mundur, względne przywileje z racji roli, która losowo została im przyznana, i to wyzwoliło w nich brutalność, która przejawiała się w umysłowym torturowaniu podwładnych.

Czytasz to i myślisz sobie, że ty nigdy byś tak nie postąpił. Masz dobre serce, jesteś przyjacielski, może nawet jesteś filantropem, łagodnym do tego jak baranek. Prawdą jest jednak, że niestety, nikt z nas nie zna samych siebie w 100% z bardzo prostego powodu – nie ma raczej możliwości, by każdy z nas przeżył w życiu wszystkie możliwe, wystawiające nas na próbę, sytuacje. Uczymy się, pracujemy, śpimy, jemy, rozmawiamy, uprawiamy hobby, płacimy rachunki, wiążemy się w relacje, kończymy relacje, zarabiamy, zarabiamy za mało, kłócimy się, narzekamy, chwalimy, świętujemy, jest lepiej, jest gorzej, ale im starsi jesteśmy tym bardziej adaptujemy się do sytuacji, które, owszem, są dla nas nowe, ale nie są skrajne. Duża część z nas, lecz nie wszyscy, może doświadczyć choroby, rozwodu, ciężkiej depresji, śmierci bliskiej osoby. A kwestie jak wojna, prześladowanie, molestowanie, tyrania? Mało kto z nas tego doświadczy i chwała Bogu za to, oby tak pozostało.
Role jakie przyjmujemy w życiu, osoby, które nas otaczają, okoliczności, w jakich się znajdujemy, to jest wszystko na co mamy, większy bądź mniejszy, wpływ. To wszystko kształtuje naszą osobowość. Nie da się ukryć, że jest ona stworzona trochę na podstawie rutynowych bodźców, no może, że żyjesz monitorując dzikie plemię Kawahiva, to możesz mieć całkiem ekscytujące życie, bo nie wiesz w którym momencie w końcu zostaniesz nabity na pal i skonsumowany w hołdzie dla ichniejszego bożka.

Całkiem ciekawym zjawiskiem jest również tzw. deindywiduacja, którą często można zauważyć w tłumie ludzi. Przykładem może być szybsza reakcja przechodnia na, przykładowo, atak epilepsji u innego człowieka, w jakiejś bocznej uliczce, aniżeli na głównej ulicy miasta. Na tej głównej ulicy dany przechodzień będzie prawdopodobnie jednym z wielu świadków tego zdarzenia, co wpłynie na obniżenie poczucia odpowiedzialności, co koniec końców sprawi, że wszyscy stoją jak kołki, umywając się od jakiejkolwiek pomocnej reakcji.

Ważne zatem jest, by pamiętać o tym, że o wiele wyżej ponadto, że tworzymy społeczność jest to, że stanowimy osobno myślące jednostki. Wpływ czynników zewnętrznych jest nieunikniony, choć nie wiem jak asertywni byśmy nie byli. Ważne też, by nie dać się zwariować, tak jak pisałam na początku posta o mojej sytuacji z nagłym dostrzeżeniem u siebie symptomów depresji, spowodowanych jedynie czytaniem o nich. I dobrze wiem, że nie wynika to z tendencji do hipochondrii, a wysoką podatnością na sugestie.

Miejmy świadomość tego czym i kim się otaczamy oraz konsekwencji tych zależności. Jak najbardziej polecam lekturę od Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera. Trzeba co prawda spędzić kilka wieczorów, by ją pochłonąć, ale moim zdaniem warto.

Co myślicie o wpływie otoczenia na człowieka? Jak sami oceniacie swoją podatność na czynniki zewnętrzne?

Reklamy

13 comments

  1. Kiedyś czytając książkę Roberta D. Hare’a pt.: „Psychopaci są wśród nas” doznałam niemiłego odczucia. Poznając kolejne motywy działania czy rozumowania osób o takiej naturze, dość wyraźnie dostrzegłam podobne u samej siebie. Autor książki wyraźnie na początku zaznacza, że coś takiego może się zdarzyć i że nie powinniśmy zatracać się w tym odczuciu, bo możemy sobie zrobić krzywdę. Niby logiczne, że siła sugestii jest ogromna ale jakoś ta świadomość mnie wtedy nie uspokoiła.

    Polubione przez 2 ludzi

  2. Zmieniam się pod wpływem książek i filmów, to zauważyłam. Są to oczywiście bardzo krótkotrwałe zmiany, ale widoczne. Inaczej myślę, inaczej się zachowuję, inaczej ubieram. A potem wszystko wraca do normy. Ludzie też mają na nas ogromny wpływ, oczywiście. Czasami może on być bardzo motywujący, dlatego lubię otaczać się ludźmi, którzy działają i są aktywni, bo wtedy sama mam ochotę robić więcej.

    Polubione przez 1 osoba

    • Mam dokładnie tak samo! I pod względem książek, filmów (wystarczy specyficzny klimat w/w, bym już zauważyła chwilowe zmiany w myśleniu) i pod względem ludzi. Wydaje mi się, że o ile ten wpływ jest umiarkowany i kontrolowany, to jest bardzo wskazany, bo nie dość, że może inspirować to też poszerza nasze horyzonty 😉

      Lubię to

  3. Rozśmieszyłaś mnie tym tytułem 🙂 Ojj, tak, Zimbardo trochę już wyłysiał, stał się starszawym nudziarzem, który zbija krocie przez całe życie na sławie z jednego eksperymentu (choć zrobił ich więcej 😉 ), ale trzeba przyznać, że to było coś. Oglądałaś film? 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Niestety jeszcze nie, chociaż, przyznam, mam w planach. Biorąc jednak pod uwagę moje ostatnie dylematy, gdy stoję przed wyborem „Książka czy film” i po raz kolejny wybieram te pierwsze.. hm, może się ta realizacja planu nieco przeciągnąć w czasie 😉 Rozumiem, że Ty oglądałaś? Jak wrażenia?

      Polubione przez 1 osoba

  4. Znam ten eksperyment. Najczęściej nie wiemy jak postąpimy, dopóki się nie znajdziemy w danej sytuacji. Nie bez powodu ktoś powiedział, że „jesteśmy tak silni, jak silne jest nasze środowisko”, ale oczywiście w drugą stronę też to działa..

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s